sobota, 12 grudnia 2015

Fotografowie to oszuści, czyli trochę etyki!

Zacznijmy może tak:



Na początku swojego istnienia, w czasach świetności dagerotypu, fotografia była uważana za medium obiektywne. Pogląd ten miał najprawdopodobniej swoje źródło w zachwycie nad mechanizacją procesu obrazowania. Był to pierwszy raz, gdy ręka mistrza nie miała wpływu na kształt wykonanego obrazu, tak przynajmniej uważano. Dziś wiemy, że ten pogląd jest, co nie co nieprawdziwy, a mimo to fotografia zachowała swoją niesamowitą moc sugestii. Nie wiem ile razy na tym blogu pisałem o tym, że widz oglądając fotografie zawsze spodziewa się, że to co widzi, w ten czy inny sposób istniało przed obiektywem, że fotografia zawsze jest wycinkiem rzeczywistości.
Zwykle swój przekaz kierujemy do ludzi podobnych sobie. Jeśli naturalne dla Ciebie jest robienie tego inaczej, prawdopodobnie pracujesz w korporacji, urzędzie miasta lub w publicznym gimnazjum. Twórczość opiera się na wrażliwości. Często więc żeby zrozumieć dzieło, tak jak tego chciał autor, trzeba choć na chwilę się nim stać. Piękno sztuki polega jednak na tym, że wcale nie trzeba rozumieć dzieła tak jak tego chciał autor. Wielowymiarowość twórczości, możliwość zinterpretowania jej na wiele sposobów, sprawia że może ona trafiać do szerszego grona odbiorców.
Wczoraj byłem na wernisażu wystawy profesora Grzegorza Ratajczyka w salonie sztuki "Kreatura". Jego praktycznie przestrzenne pejzaże, malowane grubymi warstwami, w których gest jest wyjątkowo mocno widoczny w trójwymiarze, przywiodły mi na myśl moje fotosyntezy. Pisząc to, mam nadzieję, że Profesor się za to porównanie nie obrazi, jeśli oczywiście kiedyś to przeczyta. Skojarzenie to jest związane z metodą przedstawiania świata nie wprost, co ubrałem kiedyś w określenie dekonstrukcji. Oglądając obraz Profesora, po chwili zadumy nad przestrzennością samych warstw farby i jej gry z ostrym oświetleniem galeryjnym, dostrzegamy pejzaże i budynki. Jednak samą strukturę obrazowanej przestrzeni autor tylko sugeruje, nie przedstawia nam jej wprost. Jest w tym coś pobudzającego wyobraźnię, coś co sprawia że poszukujemy w głowie skojarzeń wizualnych, coś co zmusza nas do odtwarzania w głowie przestrzeni. Cóż, nie był to co prawda pierwszy raz, ale  wyjątkowo mocno miałem okazję doświadczyć, tego czego sam poszukuję, tyle że w fotografii.
Malarstwo, nawet fotorealistyczne, zawsze będzie produktem wypracowanej techniki manualnej. Obraz będzie więc przechodził przez sito jakim jest osoba twórcy, od wyobraźni w głowie do techniki w geście. Fotografia ma swoją moc, właśnie dlatego że na pierwszy rzut oka taka zależność nie zachodzi. Fotografia zawsze dokumentuje, zawsze więc powinna być obiektywna. Jednak to nie narzędzie aparatu tworzy fotografię, ale światło i kadr. To ten konkretny wycinek przestrzeni, tak a nie inaczej użyte bądź przedstawione światło, czynią zdjęcie. Fotografia tak samo jak i malarstwo jest więc zawsze subiektywna, ale czy zawsze jest oszustwem? Wszystko zależy od tego jak na to spojrzymy. Zawsze mi się wydawało, że dobry fotograf będzie miał ambicję ukazywania przestrzeni znanych w nieznany sposób, pokazywania znanych problemów w nieznanym świetle. Różne punkty widzenia mogą otworzyć widzowi nowe drogi rozumowania. Wszystko jednak opiera się na zaufaniu, że prezentowany obraz jest faktycznie wycinkiem rzeczywistości. Jeśli jednak jest inaczej pojawia się problem. Umowa twórca - odbiorca zostaje złamana, pojawia się oszustwo. Tylko gdzie leży granica? Trudno jest zdefiniować od którego momentu zaczynamy oszukiwać. Czy to jest moment założenia filtra na obiektyw, czy może korekcja kontrastu w powiększalniku, czy może retusz? Myślę, że problem leży mniej w konkretnym zabiegu, a bardziej w kwestii rozumienia fotografii. Jeśli dla przykładu przedstawiamy portret młodej dziewczyny, która ma pryszcza na nosie, to wyretuszowanie go nie powinno mieć wpływu na fakt przedstawienia prawdy. Pryszcza się raz ma, a raz nie. Ale jeśli powiększymy jej oczy oraz idealnie wygładzimy cerę, to zdecydowanie oszukujemy widza, gdyż przedstawiamy już zupełnie kogoś innego, kogoś kto nie istnieje.  Nie jest więc kwestią dobór narzędzia, bo jeśli przy użyciu odpowiednio dobranego światła, lub samego kąta wykonywania fotografii sprawię, że garbaty nos modelki będzie wyglądał na dużo mniejszy, to nie jest to oszustwo, gdyż skoro udało się to wykonać przy pomocy metod naturalnych, będzie to dowodzić, że modelka w odpowiednich warunkach dokładnie tak będzie wyglądać. Na tym właśnie moim zdaniem polega różnica między subiektywnością, a oszustwem.
Czy zatem fotosyntezy i dekonstrukcje można traktować w ogóle jako fotografię? Gdy Panowie Beksiński, Lewczyński i Schlabs w 59 roku w Gliwicach wystawili "Pokaz Zamknięty", ich prace zostały określone jako "Antyfotografie". Określenie to, choć bardzo atrakcyjne, bo zakładające bunt autorów przeciwko ustalonemu porządkowi, jest chyba dość niesprawiedliwe. Niesprawiedliwe, bo próbuje wykluczyć tego typu prace poza nawias fotografii jako całości. Subiektywizm fotografii może być niewielki, niezamierzony, ledwie zauważalny, jak proste zdjęcie pejzażu. Choćby takie jak to poniżej.




Subiektywizm fotografii może być też bardzo daleko posunięty, ale wciąż nie popełniać oszustwa, jak poniżej.




To też pejzaż, też wymalowany światłem, też zarejestrowany bez postprodukcji i też przedstawiający rzeczywistość, choć nie ma tu znaczenia jaką. Takie zdjęcie nie łamie umowy między fotografem a widzem, bo nie próbuje go oszukać. Nie ubiera czegoś co nie istnieje w obraz takie jestestwo udający. Widz od razu zauważa specyfikę, konwencję obrazu.
Można mieć jeszcze jedną wątpliwość. Tego typu prace jeśli nie opisane jako fotografie mogą zostać odebrane jako grafiki. Taki fakt byłby druzgocący dla całej powyższej argumentacji i mógłby rozłożyć na czynniki pierwsze pierwotne założenia. Żywię jednak gorącą nadzieję, że moi widzowie, choć zapewne wielkich rzesz ich nie ma, są ludźmi o na tyle rozwiniętej wrażliwości i doświadczeniu wizualnym, że nie mają tego typu dylematów.

Jeśli dotarłeś w tym tekście aż tutaj, to pewnie jesteś jednym z nich, więc w razie gdybym się mylił, daj znać. :)

pozdrawiam

poniedziałek, 30 listopada 2015

Złoty Podział

Wokół Złotego Podziału narosło wiele mitów i nieporozumień. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu ciągle to pojęcie w odniesieniu do kadru fotograficznego jest mylone z zasadą trójpodziału. Jakiś czas temu taki błąd widziałem nawet na facebookowym fanpage'u Akademii Fotografii. W nomenklaturze anglojęzycznej Złoty Podział występuje również w co najmniej paru wersjach. Widywałem go na przykład przypisanego do spirali Fibonnaciego, co jeszcze nie jest jakimś wielkim grzechem, ale co by nie powiedzieć, zamieszanie wprowadza. 

Zacznijmy więc od początku, tj. od Złotej Liczby czyli  φ (czyt.: fi). Matematycznie równa się ona 1,6180339887... w większości przypadków określamy ją w przybliżeniu do trzeciego miejsca po przecinku tj. 1,618.  φ to matematyczne wyrażenie Złotej Proporcji, zwanej też Boską. Werbalnie Złotą Proporcję określić możemy tak:

W odcinku podzielonym na dwie części zgodnie ze Złotą Proporcją, dłuższa jego część do krótszej będzie pozostawać w takim samym stosunku jak ich suma do dłuższej jego części. 

A/B = A+B/A, gdzie A jest częścią dłuższą odcinka a B częścią krótszą.



Jeśli podzielimy tak kadr w poziomie, później ten podział odbijemy lustrzanie, a potem zrobimy to samo w pionie, otrzymamy taką oto siatkę:



 Powstałe linie nazywamy harmonicznymi, a punkty oczywiście Złotymi Punktami. Całość stosujemy dokładnie na takich samych zasadach jak Trójpodział Kadru.




Oczywiście takie podejście do fotografowania może spotkać się z zarzutem, że kadr jest nie do końca trafny. Dlaczego? Ponieważ króluje Trójpodział, mimo tego że jest w stosunku do Złotego wtórny, a dokładniej mówiąc jest jego uproszczeniem. Dość łatwo spotkać fotografów, którzy znają Trójpodział, a o Złotym nawet nie słyszeli. Stąd też prawdopodobnie biorą się pomyłki. Ponadto Trójpodział Kadru łatwiej sobie wyobrazić podczas fotografowania, Złoty wymaga już pewnej wprawy i biegłości. Oczywiście jak każdy z podziałów nie gwarantuje on sukcesu i lepiej go traktować jako pewną podpowiedź, nie receptę. Nie mniej jednak nie są znane w historii przypadki, aby wiedza komuś w czymś kiedyś przeszkodziła. 

pozdrawiam 

czwartek, 25 czerwca 2015

Trójpodział kadru


Trójpodział to zdecydowanie najprostsza i najczęściej używana, żeby nie powiedzieć nadużywana, metoda komponowania kadru. Mówi się też, że jest uproszczeniem złotego podziału, z tym że w tym przypadku dzielimy go równo na 9 przystających do siebie prostokątów. Ale nie o te prostokąty się tu rozchodzi, a o linie podziału i punkty ich przecięcia. Trójpodział jest bardzo fotograficzny, bo łatwy do wyobrażenia. Dodatkowo spora część dostępnych dzisiaj aparatów cyfrowych ma możliwość wyświetlenia tej siatki w wizjerze, żeby dopomóc użytkownikowi, któremu nie chce się używać wyobraźni choćby w tak banalny sposób. 

Ale do konkretów, bo blog się zaraz wyczerpie. Czerwone kropki, które zaznaczyłem na przecięciu się szarych linii to tak zwane mocne punkty - mocne punkty trójpodziału, bo Ci którzy czytali wcześniejsze posty wiedzą, że mogą one dotyczyć innych, niekoniecznie opisanych tak naukowo kompozycji. Linie czasem też nazywane są mocnymi, ale często zupełnie w opisach pomijane.

Jak to działa? Weźmy na przykład taki oto kiczyk mojego autorstwa: 


Według reguły trójpodziału kadru powinniśmy umieszczać element, który chcemy w kompozycji podkreślić, w mocnym punkcie. Już na pierwszy rzut oka widać, że najmocniejszym elementem tego zdjęcia jest słońce. Jednak nie ze względu na to, że faktycznie jest umieszczone na przecięciu mocnych linii, ale dlatego, że jest obszarem największego kontrastu. Gdyby było lekko przesunięte w którąkolwiek ze stron, nadal ściągałoby uwagę. Osobiście powiedziałbym, że bardziej chodzi o wprowadzenie porządku w kadrze, pewnej - uwaga górnolotne słowo - harmonii. Wiem, że się powtarzam, ale zdecydowanie trzeba tu podkreślić, że kompozycję większości kadrów w fotografii rozpatrujemy z punktu widzenia scenerii zastanej, a nie zainscenizowanej. Dlatego to mocny element obrazu powinniśmy umieszczać w mocnym punkcie, a nie "to co chcemy podkreślić". Jeśli na fotografii będzie ściana zboża takie jak poniżej, to fakt tego że któryś z kłosów wypada w mocnym punkcie nie sprawia, że jest on bardziej widoczny, czy ważniejszy:


Jeśli natomiast użyjemy mocnego punktu trójpodziału do podkreślenia - jeszcze raz tylko dużymi literami - PODKREŚLENIA wagi danego elementu, powinniśmy pod warunkiem klarowności reszty kadru, uzyskać jego większą czytelność:


Może zwróciliście uwagę, że w powyższym zdjęciu kran wcale nie wypada idealnie w mocnym punkcie trójpodziału. Jest to związane z czymś, co można chyba nazwać równowagą w kompozycji. Widzicie pewnie, że prawy dolny mocny punkt wypada gdzieś między kranem a zlewem. I bardzo dobrze, bo tam właśnie wypada środek ciężkości dwóch najbardziej kontrastowych elementów kadru. O tym zagadnieniu będzie osobny wpis - obiecuję.

Należy chyba w tym momencie odpowiedzieć na jeszcze jedno ważne pytanie dotyczące mocnych punktów: z ilu na raz powinniśmy, możemy korzystać? Cóż, możemy nawet i z 50ciu, ale powinniśmy z jednego, maksymalnie dwóch. Logika drodzy czytelnicy! Logika! Jeśli chcemy podkreślić wagę jakiegoś elementu w kompozycji, to po co robić mu konkurencję? Osobiście zdarzyło mi się widzieć udane kompozycje wykorzystujące dwa mocne punkty, nigdy nie widziałem udanego wykorzystania trzech, o czterech nie wspomnę.

Trzeba by się zająć jeszcze mocnymi liniami. Sprawa została już właściwie omówiona we wpisie kompozycja od linijki, ale parę słów i tutaj można poświęcić. Linie w trójpodziale służą nam do sensownego umieszczania naturalnych linii istniejących w przestrzeni i dzielących nam kadr. Oto przykład z drzewem: 


A tutaj z horyzontem:


Oczywiście na żadnym z powyższych zdjęć linie nie są idealnie dostosowane do reguły trójpodziału. To dlatego, że to nie reguła, a podpowiedź i tak ją należy traktować.

miłej nocy

sobota, 20 czerwca 2015

Naturalne mocne punkty obrazu

Uffff ... na dziś skończyłem pracę. Nie zrozumcie mnie źle - bardzo ją lubię. Jednak przez ostatni tydzień praktycznie każdy dzień spędziłem przy Photoshopie, co akurat moim ulubionym fotograficznym zajęciem nie jest. Chętnie bym teraz wsiadł w auto i ruszył w towarzystwie mojego psa na poszukiwanie kojących landszaftów gminy Pobiedziska, trzasnął jedną rolkę Ilforda przedpotopowym Zenitem i po powrocie, tak dla samej przyjemności pracy w ciemni, to wszystko sobie wywołał i naświetlił na papierze równie przedpotopową Meoptą. Nie mogę tego jednak zrobić częściowo dlatego, że dziś po południu organizujemy z żoną małą imprezkę (wczoraj skończyłem 32 lata) a częściowo dlatego, że aktualnie mój mechanik wydłubuje resztki turbosprężarki z układu wydechowego mojego bolidu i poruszam się z tak zwanego buta. Postanowiłem więc wrzucić post, który obmyślałem w przerwach między użyciem łatki, stempelka i piórka.

Istnieje takie pojęcie w kompozycji jak kontrapunkt. Termin ten wywodzi się z dziedziny kompozycji muzycznej. Oznacza on tam, o ile dobrze to rozumiem, kompozycję mającą dwie linie melodyczne, które są sobie na wzajem przez muzyków przeciwstawiane. Jeśli ktoś zna się na tym i potrafi to lepiej wytłumaczyć, lub popełniłem tutaj jakiś straszny błąd, to proszę - napiszcie o tym w komentarzu. Przeszukując internety trudno jest znaleźć jakąkolwiek jednoznaczną definicję kontrapunktu w kompozycji obrazu. W źródłach drukowanych, jeśli mam być szczery, też jakoś na to nie trafiłem. Jedynie ostatnio na stronie Szeroki Kadr znalazłem parę słów na ten temat, które zdają się opisywać tylko jeden ze znanych mi aspektów problemu. (Tutaj link). Osobiście stronię od używania tego pojęcia, bo fakt tego, że jest ono tak nieokreślone sprawia, że staje się pojęciem sztucznym, używanym bardziej w celu zaimponowania odbiorcy, niż określenia konkretnego problemu. To taki mechanizm trochę jak z nadużywaniem słowa "ambiwalentny", co poza definicją słownikową oznacza też "lubię słuchać własnego głosu". Kontrapunktem w kompozycji obrazu może być rytm konkurujący z rytmem głównym, może nim być drugi mocny punkt wprowadzający równowagę do obrazu, może nim być element obrazu w kolorze przeciwstawnym w kompozycji dwubarwnej (dichromatycznej), ale może nim też być po prostu mocny punkt. I to właśnie tym ostatnim zagadnieniem chciałbym się dziś zająć. 

Generalnie mocny punkt obrazu to nic innego, jak jego obszar, który najmocniej skupia wzrok widza. Poniżej przykład.


I teraz po widowni przeszedł szum. Co to za herezja?! Mocny punkt w centrum kadru?! Przecież to element zasady trójpodziału, jak można pisać takie bzdury! Pozwólcie więc, że wytłumaczę. W fotografii kompozycja różni się od kompozycji innych dziedzin sztuki tym, że fotograf w większości przypadków ma do czynienia z już zainscenizowaną przestrzenią. Ten wcale nie odkrywczy fakt zmusza do myślenia o niej z punktu widzenia sceny zastanej. Wszelkie podziały kadru mogą być użyte w fotografii, ale najpierw musi na to pozwalać fotografowana przestrzeń. Dlaczego więc mocny punkt ma się zawsze znajdować na przecięciu mocnych linii trójpodziału? Przecież jak wynika z moich poprzednich postów, wzrok będzie skupiać chociażby element o mocnym kontraście, a nie zawsze musi on być tam, gdzie tego reguła chciała.

Są też kształty, formy, które zawsze, niezależnie od ich umiejscowienia będą ciągnęły do siebie wzrok widza. Jest to związane z mechanizmem funkcjonowania naszego mózgu. Najczęściej obserwowane kształty i formy, to te które najłatwiej będziemy rozpoznawać. Przyszła mi na myśl anegdota, którą opowiadał mi kolega grafik. Wracał on zmęczony z pracy do domu tramwajem. Warunki pogodowe chciały, że szyby pojazdu były zachlapane. Kolega więc, siedząc przy oknie wyobraził sobie, podobno tak odruchowo, stempelek z Photoshopa, którym w swojej głowie oczyścił brudną szybę. Mechanizm jest chyba podobny. Wracając do owych naturalnych mocnych punktów: czy zdarzyło Wam się kiedyś oglądać obraz abstrakcyjny i odnajdywać w nim znajome kształty? Tu gdzieś jest twarz, a tamta świetlista plama wygląda trochę jak fryzura mojej teściowej (z pozdrowieniami dla mojej teściowej oczywiście :) ) Są artyści, którzy ten mechanizm wręcz podkręcają, choćby wspominany na tym blogu już wcześniej profesor Włodzimierz Włoszkiewicz.

Parę przykładów: krzyże, okręgi, kontury postaci, dłonie, twarze, a w portrecie zdecydowanie oczy.

Tyle na dzisiaj. W następnym poście zajmiemy się wreszcie trójpodziałem.

pogodnego weekendu

wtorek, 16 czerwca 2015

Kompozycja od linijki

Dzisiaj wszystko trzeba klasyfikować i szufladkować. To się nazywa tak, a tamto tak. Jak mam młotek, to jestem młotkowym, jak patelnię to kucharzem, a jak aparat, no to wiadomo ... artystą! Dziś Panie i Panowie młotkowi, kucharze i artyści chciałem poświęcić parę słów znaczeniu linii w kompozycji. Mądrzy ludzie pewnie powiedzą, że to kompozycje liniowe, niech i tak więc będzie. Zacznijmy może od najprostszej funkcji jaką może pełnić linia, czyli od podziału kadru.


Powyższa linia dzieli nam kadr na dwie równe części. Wyobraźmy sobie, że tą linią jest horyzont. Dość powszechnym zagraniem u początkujących fotografów jest puszczenie go przez środek kadru. Powyżej dramatyczne chmury, poniżej mieniące się pole kukurydzy. Na co w takim kadrze autor zwraca naszą uwagę, trudno wywróżyć. Wzrok widza miota się między jedną a drugą częścią, nie wiedząc dokładnie "co autor miał na myśli". Dużo sensowniejsze będzie takie rozwiązanie w którym decydujemy się na którąś z części. Choćby w taki sposób:


Na tym diagramie autor zwraca naszą uwagę na pole kukurydzy, uznając jednocześnie, że dla samego zdjęcia jest ono ważniejsze niż dramatyczne niebo. Poniżej sytuacja zgoła odwrotna:

 
Na zdjęciu pojawiają się nam dodatkowo trzy sylwetki drzew. Zwracają one oczywiście uwagę widza, gdyż są najmocniejszym elementem kompozycji. Wykorzystują zarówno kontrast formy, jak i kontrast tonów, o których pisałem już w poprzednim wpisie. Oczywiście tymi prostymi zabiegami można się bawić. Jak na przykład tutaj:


Niby to autor, czyli ja, pozostawił więcej miejsca rosnącemu zbożu, a jednak ostrość ustawił na nieskończoność, pozostawiając pierwszy plan poza głębią. Zagranie to służyło podkreśleniu roli linii horyzontu i subtelnemu zwróceniu uwagi na dwa wcięcia w tej linii spowodowane kołami maszyny rolniczej.


Linia może też pełnić funkcję prowadnicy "zahaczającej" wzrok widza i prowadzącej go do konkretnego miejsca w kadrze. Wyobraźmy sobie drogę górską, która wije się serpentynami. Na jej końcu stoi domek, i to właśnie on będzie w takiej kompozycji najważniejszym elementem. 


Oczywiście wiele linii, najlepiej prostych spotęguje ten efekt. Taką sytuację możemy spotkać przy zdjęciach dróg i torów kolejowych. Naturalnie układające się kompozycje i "ciągnące" wzrok widza w dal linie. Poniżej przykład fotografii która wykorzystuje tą zasadę, choć torowiska tu nie uświadczycie:


Jeśli jednak przypatrzymy się mocniej, jest tu jeszcze jedno zagadnienie, o które warto poszerzyć ten wpis. Poza liniami, które tworzą cienie, pojawia się też ciemna pozioma linia nie tyle co horyzontu, ale miejsca gdzie zlewają się wszelkie cienie lasu. Ta linia tworzy swego rodzaju mur, który nie pozwala wzrokowi uciekać dalej, zatrzymuje go na swojej własnej wysokości. Moim zdaniem w przypadku tej konkretnej fotografii linia ta dobrze działa na kompozycję, nie pozwala bowiem uciekać wzrokowi poza kadr, zatrzymuje go w jego granicach, co w 90% przypadków jest rzeczą pożądaną. Nie trudno jednak wyobrazić sobie sytuację gdy taka linia działa negatywnie na kompozycję:


Kółko symbolizuje tutaj punkt, na który chcemy zwrócić uwagę. Linie jednak nie mogą doprowadzić do niego wzroku, gdyż blokuje je piąta linia ułożona do nich prostopadle. Sytuacja jest kiepska - taka kompozycja będzie raczej nieprzyjemna dla oka. Przykładu niestety nie znalazłem, a przydałby się.

Do następnego postu

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Oczywiście oczywiste rzeczy w kompozycji

Postanowiłem pisać, póki mam wenę, więc drugi post o kompozycji jest już dzisiaj. Lampka półwytrawnego czerwonego też na pewno nie zaszkodzi. Zacznijmy więc od rzeczy najbardziej podstawowych. Jak to z rzeczami podstawowymi bywa, większość z Was zapewne to czuje, pewnie nawet zwróciło na to uwagę, ale może nie koniecznie pokusiło się kiedyś o nazwanie, lub przeanalizowanie zagadnienia kontrastu w kompozycji. Jeśli wyobrazimy sobie kadr białej, gładkiej ściany, a na nim czarny trójkącik, nie ważne w którym miejscu, to nie trzeba być geniuszem żeby zauważyć, że to właśnie ten trójkącik najbardziej ściąga uwagę widza. Co się jednak stanie gdy do gry wprowadzimy więcej elementów? Spróbujmy omówić pięć poniższych przykładów.


Widzimy kadr, w którym umieściłem tylko jeden element. Tworzy on jedyny punkt który przyciąga wzrok. Dodatkowo ma on maksymalną możliwą do osiągnięcia różnicę między jasnościami a cieniami, czyli potocznie - kontrast. Musimy sobie uświadomić fakt, że kontrastem może być nie tylko różnica w tonach danego obszaru, może to być też kontrast barwny, a nawet kontrast kształtu. Naturalną rzeczą w kompozycji jest to, że to właśnie elementy kontrastowe najmocniej przyciągają wzrok widza. 


W powyższym przykładzie do gry wprowadziłem jeszcze cztery dodatkowe trójkąty, starając się je rozmieścić tak, żeby nie tworzyły uporządkowanej całości. Trudno jest w tym przykładzie wybrać ten najważniejszy, trudno jest też skupić wzrok. 


Ale gdy je uporządkujemy w linię, sprawa ma się już nieco inaczej. Nadal nie wiemy, o który autorowi chodziło, ale kadr jest już dużo spokojniejszy. Wzrok nie biega jak szalony szukając punktu zaczepienia. 


Gdy natomiast jeden z nich odwrócimy, natychmiast oko widza wie, na który należy zwrócić uwagę. W tym przypadku możemy mówić o kontraście kształtu. W tej kompozycji oglądanie obrazu rozpoczyna się od drugiego trójkąta od lewej. 


W ostatnim na dzisiaj przykładzie zastosowałem szare tło, mniej więcej w połowie drogi między czernią a bielą. Tym razem kontrast tonów w tej kompozycji sprawia, że pierwsze miejsce na które patrzymy to biały trójkąt. Prościzna! Warto jednak sobie tą prościznę uświadomić i przemyśleć, zanim w ogóle podejdziemy do świadomego kadrowania.


Powyżej prezentuję swoją bardzo starą fotografię będącą częścią serii, którą popełniłem, gdy miałem chyba z 16lat. Ludzik, na tej fotografii jest ledwie widoczny, zauważamy go dopiero po chwili, dlaczego? Otóż nasz wzrok najpierw biegnie w kierunku najbardziej kontrastowego miejsca sceny i dopiero po chwili zauważa wycięty z PCV kształt ludzika. Choć zrobiłem to wtedy nieświadomie, kompozycja ta jest pod tym względem dość ciekawa, choć skomplikowana. Zmusza bowiem oko widza do przemierzenia pewnej drogi, przejścia w kadrze z rozświetlonego miejsca do znajomego naszemu mózgowi kształtu postaci. Jednocześnie nie trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy taki element kontrastowy, kompletnie odwraca uwagę widza od tego co jest najważniejsze na zdjęciu. A następnym razem pogadamy o liniach.

dobranoc :)

niedziela, 14 czerwca 2015

Kompozycja, czyli nauka ściśnięta ... do granic kadru

Niedawno na jednym z portali fotograficznych trafiłem na stwierdzenie, że kompozycja jest właściwie nauką ścisłą. W pierwszej chwili pomyślałem, że tak - jest w tym dużo prawdy. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że jej podstawowe zasady to przede wszystkim zbiór różnych podziałów kadru, które da się opisać matematycznie, to jak najbardziej jest to prawda. Tylko, że kompozycja na podziałach kadru się nie kończy. Opanowanie królującej obecnie zasady trójpodziału kadru, wcale nie gwarantuje, że zdjęcie będzie udane, a zastosowanie trudniejszej zasady złotego podziału nie sprawi, że powstanie dzieło sztuki. Mylące jest też to, że konkretne podziały są często nazywane "zasadami". Wydawać by się mogło więc, że ich zastosowanie to złoty środek na dobre zdjęcie. Aby uświadomić moim studentom, że wcale tak nie jest prezentuję im podczas zajęć tę fotografię:

Annie Leibovitz - Whoopie Goldberg

Powyższe zdjęcie nie tylko nie stosuje się do żadnej "zasady" kompozycji, ale zawiera elementy, które w kompozycji są wręcz niedopuszczalne. A jednak jestem pewien że 90% z Was widziało ją już wiele razy i na pewno zdaje sobie sprawę z tego, że to fotografia ikoniczna lub jak kto woli - klasyka. Uważam, że sama znajomość "zasad” kompozycji, to jakieś 10% sukcesu. Powiedziałbym wręcz i tak to też tłumaczę na moich zajęciach, że "zasady" owe należy traktować bardziej jak podpowiedzi niż jak receptę na dobrą fotografię. Chciałbym w tym miejscu postawić sprawę jasno - moim zdaniem kompozycja fotografii to najważniejszy jej element i to ona na prawdę decyduje o tym, czy zdjęcie jest dobre czy nie. Dysonans? Czyżbym jednym zdaniem zaprzeczył całemu poprzedzającemu wywodowi? Zwróćcie proszę uwagę na fakt, że dotąd pisałem o "zasadach" kompozycji, w tym o wspomnianych podziałach takich jak: złoty podział, trójpodział, podział diagonalny, kompozycje skośne, spirala Fibbonaciego. Kompozycja jednak wcale się na nich nie kończy. Kto posiadł o nich wiedzę i myśli że to już wszystko w tym temacie, grubo się myli. Najlepszym źródłem pisanym jakie znalazłem dotąd na temat kompozycji to książka Pawła Wójcika Kompozycja Obrazu Fotograficznego. Jest to stosunkowo niewielka, niespełna 100 stronicowa książeczka wydana jeszcze w 1990 roku. Oczywiście źródeł jest pełno, również w internecie znajdziecie sporo. Sam mam jeszcze inne, niż pisane źródła wiedzy. Swego czasu miałem okazję parokrotnie rozmawiać na tematy kompozycyjne z panem Rafałem Jasionowiczem - artystą fotografikiem, który jest ekspertem od tego zagadnienia. Jestem też na tyle bezczelny, że raz po raz w chwili wolnej przejdę się do sali, gdzie prowadzone są zajęcia z malarstwa, żeby posłuchać, jak moje koleżanki z pracy rozpatrują kompozycje obrazów malarskich. Dzięki tak różnym źródłom z których korzystam, a także faktem tego, że rocznie recenzuje setki fotografii moich studentów, wiem że dalsza, głębsza część zagadnień kompozycyjnych, nie tylko nie jest "nauką ścisłą", ale wręcz rzeczą w 100% indywidualną dla każdego jednego obrazu.

Czym jest więc ta kompozycja? Generalnie nie lubię definicji, ale specjalnie dla Was podejmę próbę zdefiniowania jej po swojemu: Kompozycja fotograficzna to świadomy rozkład elementów w granicach kadru, wykonany tak, aby prowadzić po nim wzrok widza w sposób jakiego chciał autor.

Niebezpieczna definicja, co? Zakłada bowiem, że każdy autor może powiedzieć: no ale przecież to jest dobra kompozycja, bo jest dokładnie taka jakiej chciałem. I zgadza się, inną kwestią do opisania w następnych postach jest to, czy to czego chciał autor, działa na widza tak, jak sobie tego życzył.

środa, 27 maja 2015

TFP, czyli ludzie! Miejcie do siebie szacunek!

O tym, że zawód fotografa jest w dzisiejszych czasach uważany za coś co robi się z pasji, a za pasje i przyjemności się nie płaci, powstało już całe mnóstwo publikacji. Chodzą też o tym dowcipy i memy, a na fejsie powstają strony takie jak "Nie fotografuję za darmo". Niezliczoną ilość razy proponowano mi wykonanie zdjęć za prestiż, promocję, barter lub po prostu możliwość wzbogacenia portfolio. Za każdym razem, konsekwentnie odmawiałem tym propozycjom, mimo że zdaję sobie sprawę że promocja i prestiż to rzeczy bardzo potrzebne w prowadzeniu własnego biznesu. Dlaczego więc nigdy się nie skusiłem na zrobienie darmowej sesji np. markowej odzieży, skoro prestiż jest taki ważny. Otóż najgorsze co może spotkać przedsiębiorcę, w moim mniemaniu, to nie utrata zaufania swoich klientów, ale utrata ich szacunku. Zaufanie można odrobić, na przykład poprzez dobrą obsługę reklamacji, błędy w końcu zdarzają się każdemu, no chyba że ktoś nic nie robi. Utraty szacunku odrobić się nie da, a to jej właśnie brak może doprowadzić do upadku lub braku rozwoju firmy. 

Jak to działa? Wyobraźcie sobie, że dostaliście w prezencie 50zł, po paru dniach dostaliście kolejne 50 i następne tydzień później i tak przez jakiś czas. Chcąc nie chcąc po jakimś czasie zaczniecie uważać te prezenty za coś kompletnie normalnego, a że są to pieniądze, to można je uwzględnić w budżecie i na coś przeznaczyć. Co się stanie jeśli nagle prezenty ustaną? Oburzenie, złość i to najpewniej skierowana w tą osobę która te prezenty dawała. Tak właśnie działa rynek. Zleceniodawcy są przyzwyczajani do zastępu fotografów i modelek, którzy zrobią coś za prestiż, wzbogacenie portfolio, czyli z punktu widzenia zleceniodawcy, kompletnie za friko. Taki ktoś się rozwija, ma już po jakimś czasie porządne portfolio, może chce już aby fotografia stała się jego zawodem a tu nagle ściana. Nikt nie chce płacić. Nikt nie chce płacić nie tylko z tego powodu, że to takie powszechne, ale również z tego powodu, że dany delikwent wyrobił sobie opinie osoby pracującej za darmo, tfu za prestiż. Nie tylko więc szkodzi on ogółowi, ale również i sobie. Nie tylko utracił szacunek swoich potencjalnych klientów, ale najprawdopodobniej również własny szacunek do siebie samego.

No jak to! Przecież jestem taki dobry, a nikt nie chce mi za to płacić!

No tak, ale przecież jakoś trzeba zacząć, podpis pod zdjęciem w publikacji na pewno w tym pomoże, więc może warto pracować za taki właśnie podpis? Cóż, nie warto z dwóch podstawowych powodów. Pierwszy z nich, to fakt, że podpis pod zdjęciem to ustawowy obowiązek publikującego (tak, tak - nie musicie się o to prosić, to psi obowiązek, każdej osoby która coś publikuje), drugi to taki, że to żadna dla was promocja. Nie oszukujmy się, tylko nieliczni od samego początku robią tak genialne zdjęcia, że natychmiast powalają odbiorcę i zmuszają do telefonu ze zleceniem, a nawet jeśli to z reguły jest propozycja dalszej pracy za darmochę. Większość z nas długo musi pracować na własny, wyróżniający styl, na to coś, co sprawia że będziemy rozpoznawalni. Przez pierwszy okres działalności będziecie ginąć w tłumie, więc czy ten podpis jest na prawdę wart waszego czasu?

Jest jeszcze jedna sprawa. Zarobkowa część mojej działalności to szeroko pojęta fotografia reklamowa. Łączę ją z moją wiedzą na temat marketingu, oraz ze sztywnymi zasadami etycznymi, o których możecie poczytać w innych postach. Nie mam jakiegoś wielkiego stażu, ale na swoje zarobki narzekać nie mogę. Uważam też, całkiem obiektywnie, że nie jestem najlepszym fotografem świata, ale za to bardzo chciałbym się nim kiedyś stać. Tylko po swojemu, nie powielając ogólnie spotykany kicz. Wykonywanie zlecenia dla firmy, to nic innego jak zaspokajanie jej potrzeb. To znaczy, że robicie to co trzeba, nie to, co wasza inwencja twórcza by chciała. Nie dość więc że pracujecie za darmo, to jeszcze wykonujecie konkretne zadanie, PRACĘ!

Większość fotografów się z powyższym zgodzi. Zdarzają się jednak przypadki, które irytują mnie wybitnie. Otóż moja koleżanka jakiś czas temu dodała mnie do grupy na fejsie "Fotoogłoszenia Poznań". Nie byłem tam prawie w ogóle aktywny aż do dzisiaj, gdy pewien fotograf postanowił namówić modelki na pozowanie na zasadach TFP w projekcie ewidentnie komercyjnym. Przypomnę tylko co to w ogóle jest TFP. Z angielskiego oznacza "czas za zdjęcia", a w oryginale "czas za odbitki". Jest to rodzaj barteru, w którym modelka i fotograf umawiają się na wspólną sesję, w której fotograf płaci za pozowanie swoją pracą, a modelka płaci za zdjęcia swoim pozowaniem. Całość przy założeniu że reprezentują mniej więcej ten sam poziom i mają pewną wolność artystyczną. Jak więc widać taka współpraca może mieć wymiar artystyczny bądź edukacyjny, gdzie obie strony się uczą w praktyce, bądź tworzą. Co się jednak dzieje w opisanym powyżej przykładzie. Otóż jest sobie zleceniodawca, który zatrudnia fotografa za pieniądze, który to z kolei znajduje modelkę która pozuje za darmo i przekazuje swój wizerunek do reklamy tej firmy tylko za to, że właśnie tam może się znaleźć. Zleceniodawca oczywiście na tym zarabia przez długi czas, fotograf dostaje swoje wynagrodzenie, a modelka może się pochwalić koleżankom przy winku, że pozowała w markowych ciuchach. To jest nic innego jak wyłudzenie pracy, przypominam, pracy w której do zrealizowania jest konkretny komercyjny cel. 

Tylko, co mnie to właściwie obchodzi. Przecież nie mnie zaproponowano to pozowanie. Przyznacie na pewno, że sprawa jest co najmniej nieetyczna, ale to nie moja przecież sprawa. Otóż nie, to jest sprawa wszystkich tych, którzy pracują kreatywnie i na własny rachunek, bo takie działania kształtują, to znaczy psują rynek i to nie z powodów ekonomicznych, tylko z dawania firmom okazji do oszczędności kosztem zleceniobiorców. 

dobranoc :)

O motywacjach słów parę

Wczoraj był dzień, na który od dawna czekałem. Nie, to nie były moje urodziny, o których nawiasem mówiąc z reguły nie pamiętam, nie było to...