wtorek, 21 kwietnia 2020

"Światy równoległe" - twórczość pandemiczna

Nie za bardzo można było wychodzić z domu, więc energię kreatywną skierowałem na moje archiwum, co w połączeniu z przemyśleniami o środowisku naturalnym powstało takie coś:

https://impurephotography.eu/parallel-worlds

Poniżej film z długo wyczekiwanego spaceru po lesie, gdzie omawiam, co zrobiłem. Zapraszam:


Perspektywa kosmiczna: o inspiracjach

Zapraszam do obejrzenia dwóch filmów, w których opowiadam o inspiracjach jakie popchnęły mnie do stworzenia "Perspektywy kosmicznej". W całości możecie ją zobaczyć na stronie: https://impurephotography.eu/cosmic-perspective




Perspektywa kosmiczna - jak ją wykonałem?

Dziś prezentuję film, który nagrałem aby opowiedzieć Wam o cyklu "Perspektywa kosmiczna".

Cykl możecie zobaczyć tutaj: https://impurephotography.eu/cosmic-perspective

 

piątek, 6 grudnia 2019

Konkurs fotograficzny? Nie dziękuję!

Próbowałem parę razy. Pierwsze „sukcesy” przyszły dość szybko: finał sekcji fotograficznej Ariano International Film Festival, II Miejsce w kategorii „Open” na Fine Art Photography Awards, pokaz cyfrowy w muzeum Luwru w ramach SeeMe Photo Awards, do tego jakieś pomniejsze wyróżnienia. Najpierw była radość z bycia docenionym, a potem jakiś taki niesmak. Do Ariano, które znajduje się na południu Włoch nawet pojechałem. Chciałem zobaczyć wystawę i uczestniczyć w ceremonii rozdania nagród. Wyobraźcie sobie moją minę, gdy po 2tys. kilometrów w samochodzie zobaczyłem prace finalistów wydrukowane na piance i powieszone w podwórzu jednej z kamienic, na sznurku, niczym pranie. W tym samym roku dostałem mailem dyplom i zdjęcie z tak zwanego pokazu w Luwrze. Ktoś napisał mi na Facebooku, że się przestraszył, że przedwcześnie zmarłem, bo wygląda to jak klepsydra.



Fine Art Photography Awards, najdłużej opierał się mojej krytyce, gdyż nazwa konkursu brzmi dumnie, zdobyłem drugie miejsce, co mi schlebiało, a moje prace pojawiły się tu i tam w różnych przekazach internetowych. Jednak moją nieufność wzbudziło podobieństwo do International Photography Awards pod kątem oprogramowania, zasad, prezentacji jury, nawet rozkładu strony internetowej. Pomyślałem więc, że może takich „odprysków” IPA jest więcej? A jakże: MonoVision Photography Awards, ND Awards, International Photography of the Year i Monochrome Awards. Zauważyłem nawet, że Moscow International Photo Awards i Budapest International Photo Awards używają nie tylko tego samego oprogramowania do zarządzani stroną, ale nawet tej samej czcionki w swoich logach. Czy to możliwe, że konkursy te służą przede wszystkim celom zarobkowym? Dlaczego wygrywają tylko wyidealizowane, „piękne” w ogólnym rozumieniu i często płytkie zdjęcia? Czy to możliwe, że zwycięzcy są wybierani na podstawie określonych marketingowo zasad działania takiej „firmy”, a nie wartości artystycznej? Czy tworzy się dziesiątki kategorii i rozdaje nieraz setki wyróżnień, tylko po to, żeby jak najwięcej osób, które wpłaciły wpisowe, poczuły się usatysfakcjonowane? Do tego wpisowe to minimum 10-20 euro! Żeby dolać oliwy do ognia niedawno trafiłem na artykuł w temacie niektórych konkursów, który poddaje pod wątpliwość ich uczciwość. Ponadto artykuł twierdzi, że większość z nich łączy jedna osoba, która jak się domyślam, całkiem nieźle na tym interesie zarabia.

Link tutaj: https://procounter.com.au/2018/03/27/photo-contests-a-cash-grab/

To oczywiście patologiczny przykład. Kłopot jednak nie leży w uczciwości organizatorów i szanownego jury. Kłopot leży w tym, że z dziedziny sztuki próbuje się zrobić sport, w którym można zdobyć medal złoty, srebrny lub brązowy. To prowadzi do konkurencji, a jak jest konkurencja, to uczestnicy szukają metod na zdobycie złota. Powstają więc fotografie, które stylistycznie przypominają te nagrodzone w poprzednich edycjach, szuka się tematów konkursowych, na które jury patrzy przychylniejszym okiem. W architekturze to będzie czarno biała fotografia o wysokim kontraście, w portrecie efektowny, mokry kolodion, najlepiej prezentujący twarz znanego aktora, lub fotografia stylizowana na malarstwo, w reportażu natomiast ujmująca za serducho historia niepełnosprawnej dziewczynki. Wszystkie te schematy robią się aż nadto przewidywalne.



Jest jeszcze jeden aspekt, który wyniosłem niedawno z krótkiej rozmowy z Maciejem Mańkowskim. Od pewnego momentu rozwoju artystycznego uczestnictwo w konkursach to poddawanie pod ocenę swoich prac ludziom, którzy nie koniecznie myślą tymi samymi kategoriami, lub może nawet mają mniejszą od nas wiedzę. Oznacza to, że uczestnik musi się wpasować w wizję i poglądy jury, a jeśli przedstawi pracę wykraczającą poza ten zbiór, choćby w rzeczywistości była nowatorska, genialna i głęboka artystycznie, najprawdopodobniej zostanie odrzucony. Dobry przykład to, wspominana już na tym blogu moja przygoda z kapitułą Fotoklubu RP, która fotografie nawiązujące technicznie i stylistycznie do prac Stanisława Wosia i Krzysztofa Pruszkowskiego określiła jako ciekawe, ale zbyt graficzne, a za mało ... fotograficzne. Od siebie powiem jeszcze, że nie tylko twierdzę, iż uczestnictwo w konkursach o tradycyjnej formule nie ma sensu, większość z nich, a już na pewno te wymieniane w pierwszych akapitach wpisu, jest po prostu szkodliwa dla medium fotografii.

piątek, 8 listopada 2019

O motywacjach słów parę

Wczoraj był dzień, na który od dawna czekałem. Nie, to nie były moje urodziny, o których nawiasem mówiąc z reguły nie pamiętam, nie było to też państwowe święto fotografii nieczystej, ani dzień przecen na pączki w pobliskiej cukierni. Wczoraj był dzień, w którym mogłem w końcu wykonać dawno zaplanowaną fotografię. Gdy minęła 22:00 ubrałem się ciepło, zgarnąłem aparat i wyruszyłem na poszukiwania ciemnego nieba. Z miejsca, w którym wykonywałem ostatnie zdjęcia nocne musiałem zrezygnować ze względu na gęstą mgłę. Po jakimś czasie, na końcu bocznej drogi, znalazłem kawałek nieba niezanieczyszczony sztucznym światłem. 

Wyłączyłem światła samochodu, rozstawiłem statyw i nagle zdałem sobie sprawę, że jestem kompletnie sam po środku niczego, oświetlony jedynie niewielką powierzchnią księżyca. Za mną rozciągało się pole wysuszonej kukurydzy, która dzięki lekkiemu wiatrowi wydawała z siebie dość niepokojące stęknięcia. Przede mną, za obniżeniem terenu, majaczył las, krzaki, a za nimi jak się domyślam były mokradła. Stękaniom kukurydzy raz po raz akompaniowały wrzaski ptaszydł. Gdzieś w oddali, pod lasem, przebiegł spory cień. Zrobiło się trochę jak u Stephena Kinga tuż przed atakiem plastikowej laleczki z piłą mechaniczną i wydłubanymi oczami. Pomyślałem, że stoję tu i mogę mieć lekkiego pietra dzięki przodkom z Afryki, którzy w podobnych sytuacjach zamiast iść z dzidą w krzaki w poszukiwaniu źródeł hałasu, wycofywali się na z góry upatrzone pozycje. Dzięki temu źródło hałasu ich nie zjadło, a geny zostały przekazane aż do mnie. Po zastanowieniu uznałem, że nie ma w okolicy źródeł hałasu, które mogłyby mnie zjeść. Zacząłem więc fotografować. Było sporo klatek z nocnym niebem i trochę malowania światłem. I gdy tak machałem latarką przed obiektywem usłyszałem "chrum". Obróciłem się i spostrzegłem, że owe "chrum" dobiega z okolic ciemnego, sporawego kształtu, którego jeszcze przed chwilą tam nie było. W dość gęstych ruchach zdjąłem aparat ze statywu i wsiadłem do auta. Poczekałem aż kształt się oddali, po czym w przypływie odwagi uznałem, że więcej zdjęć już nie potrzebuję, zabrałem statyw i udałem się w kierunku domu. 

Wszystko dlatego, że chciałem namalować latarką kreskę na tle nocnego nieba.

Tylko po co? 


Garry Winogrand podobno powiedział kiedyś, że fotografuje, żeby zobaczyć jak obiekt wygląda na zdjęciu. Ja fotografuję, żeby pozbyć się przemyśleń, ale też żeby zobaczyć, jak ich efekty wyglądają w formie wizualnej. Każda moja fotografia ma dla mnie konkretne znaczenie, bo jest efektem mojego bicia się z myślami, moich zachwytów, złości bądź stanów duchowych. Przez lata stała się ujściem na tyle mocnym, że moment decyzji o wykonaniu fotografii mogę porównać tylko z rodzajem kumulacji, wylania się czegoś z naczynia, katharsis. Spełnia dla mnie taką funkcję, jaką dla wielu spełnia religia, tyle że bez mentalnego zniewolenia.

Poza tym mamy małą premierę, bo cała praca, zatytułowana "4,9%" w formie dyptyku wygląda tak: 


miłego oglądania

czwartek, 31 października 2019

Przekraczając granice medium

W minioną sobotę o godzinie 17:00 miałem przyjemność poprowadzić spotkanie ze studentami, których co prawda nigdy oficjalnie nie uczyłem, ale ze względu na to że kontynuują zapoczątkowaną za mojej "kadencji" tradycję Dni fotografii na Politechnice Poznańskiej, wręcz odruchowo określam "moimi". 

fot. Zdzisław Orłowski

Była to już V edycja i zostałem poproszony o poprowadzenie rozmowy bądź wykładu na dowolnie przeze mnie wybrany temat. Postanowiłem więc przygotować coś więcej niż zwykłe spotkanie autorskie i rozmowę o tym "co jaśnie autor czuł, gdy naciskał spust migawki." Trochę z tego powodu, że nie jestem fanem takiej formuły, a trochę stąd że jak już pewnie wiecie, nie lubię tłumaczyć moich prac i wolę jak tłumaczą je po swojemu inni.

Temat jaki przygotowałem to "Granice fotografii", a na spotkanie zaprosiłem również kolegów ze ZPAF: Zdzisława Orłowskiego jako kopalnię wiedzy oraz Tytusa Grodzickiego - dokumentalistę z którym zaplanowałem się przy wszystkich, konstruktywnie pokłócić. 

Aby mówić w ogóle o granicach fotografii i ich ewentualnym przekraczaniu, najpierw trzeba je sobie zdefiniować. Spotkanie rozpocząłem więc od prezentacji definicji fotografii. Na pierwszy rzut poszła Wikipedia: 

"Zbiór wielu różnych technik, których celem jest zarejestrowanie trwałego, pojedynczego obrazu za pomocą światła. Potoczne znaczenie zakłada wykorzystanie układu optycznego, choć nie jest to konieczne np. przy rayografii." 

Daleko idąca ułomność tej definicji sprawia, że nie tylko nie da się wyznaczyć sztywnych granic fotografii, ale również obcina się sporą część świata fotograficznego, który już istnieje. Jeśli bowiem fotografią ma być tylko obraz rejestrowany za pomocą światła, to nie są fotografiami poniższe obrazy: 

źródło: Wikipedia, autor: Hellerhoff
licencja CC-BY

pozostałość po supernowej, źródło: http://www.projektor.uj.edu.pl/przyszlosc-i-kosmos/wszechswiat 
licencja CC-BY

 źródło: Wikipedia, autor: brak danych, licencja CC-BY


Pierwszy z nich to oczywiście obraz uzyskany za pomocą fal Rentgena. Drugi to obraz przestrzeni po wybuchu supernowej widziany w promieniowaniu gamma. Natomiast nośnikiem obrazu w rezonansie nuklearno magnetycznym są fale radiowe. Nawet jeśli obrazy te nie są fotografiami, to chciałbym usłyszeć racjonalną odpowiedź na pytanie: z jakiego powodu mamy zawężać definicję fotografii do obrazów uzyskiwanych za pomocą fal wąskiego zakresu spektrum elektromagnetycznego zwanego światłem, skoro obrazy o takich samych cechach formalnych można uzyskać wykorzystując fale właściwie całego spektrum?

Dużo trafniejsza wydaje się definicja profesora Stefana Wojneckiego:

"Fotografia to obraz utworzony z czynników danych a priori. W takim ujęciu obraz zawierający wybrane, z góry określone wzorce kształtu i koloru, jest fotografią."

W tym miejscu pokazałem fotografy Bronisława Schlabsa:  

I choć, jak już zaznaczałem w poprzednich wpisach, profesor Wojnecki zalicza prace heliograficzne do fotografii, moją wątpliwość wzbudza to, czy jest to rzeczywiście obraz złożony z czynników danych a priori.

Zdzisław opowiedział, że w w przypadku "schlabsogramów" obraz był mechanicznie tworzony na negatywie i przenoszony później na papier fotograficzny, a więc wszystko co zostało wykonane pierwotnie automatycznie staje się czynnikiem danym a priori.

Przyznam, że nadal nie czuję się przekonany, gdyż oznaczałoby to, że każdy, nawet najbardziej fantastyczny kształt stworzony przez grafika na komputerze i reprodukowany później za pomocą wydruku, jak to się robi dziś ze zdjęciami, staje się również fotografią. Także prace wykonane za pomocą technik grafiki warsztatowej i później tylko odbite na papierze, również stawałyby się fotografiami. Pojawia się w tym kontekście też problematyka obrazu fotomorficznego, czyli zgodnie z definicją Leszka Szurkowskiego, obrazu posiadającego cechy obrazu fotograficznego, ale nią nie będącego. Co oczywiście zilustrowałem kartą z mojego "ulubionego" kalendarza z nagimi paniami: 


Jednak, fotografia posiada pewne cechy, które jesteśmy w stanie wyróżnić. Na przykład to, że zawsze dokumentuje. Tylko czy na pewno? Jest to zdanie jakie usłyszałem z ust innego związkowego kolegi - Mariusza Foreckiego i o ile jestem w stanie się zgodzić z tym, że jedną ze szczególnych cech fotografii jest to, że zawsze przedstawia ona fragment rzeczywistości, która choć przez ułamek sekundy istniał przed aparatem, innym urządzeniem bądź medium rejestrującym obraz, o tyle z tym dokumentowaniem już zgodzić się nie mogę.

Czym jest w ogóle dokument?
W moim rozumieniu jest przedstawieniem świata w możliwie niezniekształconej, bezstronnej formie.  Skoro tak, to możemy z całą stanowczością powiedzieć, że fotografia nie zawsze dokumentuje. Ciągnąc ten wątek dalej i mając na uwadze to, że rzeczywistość jest zniekształcana (na pewno obiektywizm jej widzenia) już samym faktem ukazywania zaledwie jej wycinka, a prawdę zaburzyć można choćby dobierając nieodpowiedni kąt fotografowania, pokusiłem się o ekstremalne pytanie. "Czy fotografia dokumentalna w ogóle istnieje?" Skierowałem je oczywiście do Tytusa. 

fot. Zdzisław Orłowski

Tytus wyjaśnił, że oczywiście fotografia dokumentalna istnieje, jednak żaden dokument nigdy nie jest w 100% obiektywny. Żadna fotografia nie jest i nie może być obiektywna, bo już sam proces tworzenia obrazu w aparacie, zarówno cyfrowym jak i analogowym jest wybiórczy. Aparat "widzi" o wiele więcej niż zostaje później zaprezentowane na końcowym obrazie. Ponadto widzenie wycinka rzeczywistości również uniemożliwia obiektywne ukazanie sytuacji. Zdzisław dodał jeszcze, że każda fotografia może być dokumentem w znaczeniu "dokumentowania myśli".

Nie sposób się ze Zdzisławem nie zgodzić, ale trzeba pamiętać, że cechę tę ma każda działalność artystyczna, nie tylko fotografia. Dodatkowo wchodzimy tutaj na grunt rozmowy o fotografii jako o komunikacie, co jak wyjaśniałem w poprzednim poście, delikatnie mówiąc, nie jest dla mnie rzeczą oczywistą. 



Kolejna część dotyczyła kontraktu między widzem, a fotografem. Czyli tego że oglądający zawsze spodziewa się iż na fotografii widzi fragment rzeczywistości, chyba że obraz swoim charakterem zdradza czytelne modyfikacje. Problemem w tym miejscu jest granica - moment od którego owe modyfikacje są czytelne. Dwie powyższe fotografie to dokładnie to samo zdjęcie. Pierwsze z nich znacznie "podkręcone", choć jak myślę, jego sztuczność nie będzie dla każdego czytelna. Poniżej mamy do czynienia z fotografią modyfikowaną w taki sposób, że fakt ten jest natychmiast czytelny dla widza. 

z cyklu Post Sapiens

Jesteśmy dziś bombardowani przesłodzonymi obrazami, zdjęciami wygładzonych i wyszczuplonych modelek i aktorek. Wszystko to sprawia, że ów kontrakt zaczyna zanikać. Nie wierzymy już fotografii. Studenci przytomnie zwrócili uwagę, że kłamstwa można dokonać już samym makijażem, czyli zmianą fotografowanej rzeczywistości, swego rodzaju inscenizacją. Z kolei Tytus, że przy obrazie reklamowym pewna doza modyfikacji jest tolerowana. Zgadzam się z tym, pod warunkiem że nie przekraczamy granic rzeczywistości jednocześnie próbując ją naśladować, gdyż to jest ewidentne złamanie kontraktu, wręcz oszustwo. 

 fot. Zdzisław Orłowski

fot. Zdzisław Orłowski

Konkludując chyba wszyscy na sali się zgodziliśmy, że fotografia jest pojęciem otwartym i bardzo prawdopodobne, że nie da się określić jej granic w sposób definitywny, szczególnie że żyjemy w czasach gdy medium to szybko ewoluuje. W związku z powyższym "przekraczanie granic medium" jest również pojęciem płynnym i zależy od indywidualnego pojęcia fotografii. Jak duża jest owa płynność może obrazować moja wymiana mailowa z komisją Fotoklubu RP, której wiele lat temu wysłałem poniższą pracę w zestawie z podobnymi. W odpowiedzi napisano, że to prace o "charakterze graficzno-plastycznym", a kapituła chciałaby móc odnieść się do czegoś bardziej fotograficznego. Jak się pewnie domyślacie, grzecznie podziękowałem.

więcej takich znajdziecie tutaj 

Na koniec należy zaznaczyć, że spotkanie miało charakter popularyzatorski, w żadnym wypadku nie naukowy. Jego celem było zachęcenie uczestników do własnych rozważań, a tym samym do szlifowania własnego punktu widzenia na fotografię. 

niedziela, 20 października 2019

Fotografia to nie język, czyli "co autor miał na myśli?"

Parę dni temu moja babcia obchodziła 90. urodziny. Z tej okazji został zorganizowany uroczysty obiad w restauracji, a potem wszyscy udali się do domu na kawę i ciasteczka. Jak to bywa przy takich okazjach średnia wieku osób przy stole była mniej więcej równa ilości sztucznych zębów. Pewna ciocia, która mnie parę dobrych lat nie widziała, postanowiła wypytać o mój zawód. Pytaniom nie było końca, opowiadałem więc o fotografowaniu śrubek i skarpetek, o zdjęciach pensjonatu w górach i lamp w parku o poranku. No i stało się, padło z głuchym tąpnięciem, padło słowo "artysta". Moja mama i babcia wstrzymały oddech, wujkowi zadrżała podnoszona do ust filiżanka z kawą, kot babci spadł z karnisza, czas się zatrzymał. Wziąłem głęboki wdech i poszedłem do biblioteki po stare portfolio i folder z którejś z moich wystaw, wręczyłem cioci i z uśmiechem powiedziałem, że jeśli cokolwiek, co robię jest działalnością artystyczną, to już raczej to. 

z cyklu Ciało

Zbiór emocji, jakie malowały się na twarzach osób wertujących strony albumu, był zaiste szeroki. Raz po raz wydawało się, że niektórzy są już bliscy wyartykułowania swoich myśli, ale cisza trwała. W końcu padło pytanie: "co autor miał na myśli?". No właśnie "co?".

z cyklu Mimesis

Pytanie "co autor miał na myśli?" zakłada, że fotografia, obraz jest rodzajem wypowiedzi. Zakłada, że osoba oglądająca ma zrozumieć intencje autora, odczytać ukryty w obrazie kod. Stąd już nie daleko do wniosku, że fotografia może być metodą komunikacji, rodzajem języka lub jakimś cudem swój język posiadać. Na mojej półce jest nawet książka autorstwa Davida DuChemin'a "Język fotografii". Książka słaba, nie polecam, nie tylko ze względu na tytuł. Podczas moich studiów poznałem dość zabawnie brzmiące pojęcie "wypowiedzi szczęśliwej". Jest to taka wypowiedź, która została zrozumiana przez odbiorcę, tak jak tego chciał nadawca. Wypowiedź szczęśliwa to komunikat, którego nadawca posługuje się tym samym kodem, jakim posługuje się odbiorca i w dodatku obaj interpretują ten kod w oparciu o tą samą umowę społeczną. Czy w fotografii jest to w ogóle możliwe? Posłużę się prostym przykładem wypowiedzi, która zawsze będzie szczęśliwa. 

"Pies zaszczekał" - z językowego punktu widzenia nie da się chyba tego nie zrozumieć tak jak tego chciał nadawca. Weźmy teraz fotografie, która jest równie prosta:


A jednak: widok jest piękny, czy kiczowaty? To wschód, czy zachód słońca? Jaka to pora roku? Gdzie to jest? Stopień niezrozumienia obrazu, nawet tak prostego, będzie zawsze o wiele większy ze względu na implikacje, jakie udokumentowana rzeczywistość prowokuje. Język ponadto ma cechę zwrotną. Odbiorca może natychmiast w tym samym kodzie nadać komunikat zwrotny tworząc w ten sposób komunikację. Spróbujcie pogadać z kimś przez messengera za pomocą zdjęć, a przekonacie się jak szybko "rozmowa" zejdzie na manowce. Odbiór fotografii uzależniony jest od kodu kulturowego, osobistego doświadczenia, stanu emocjonalnego, charakteru i poczucia estetyki odbiorcy. Jednym słowem tak jak nie ma dwóch takich samych fotografii, tak nie będzie też dwóch osób, które w identyczny sposób fotografie będą odbierać. Fotografia nie jest więc językiem, bo zdjęcia nie są komunikatem, a już na pewno nie będą wypowiedzią szczęśliwą. To jak je rozumiemy zależy więc nie tylko od tego co na nich jest, ale również od nas samych. Zamiast szukać więc usilnie motywów autora, może warto pomyśleć, co dana fotografia znaczy dla nas.

z cyklu Post Sapiens

Osobiście uważam i często o tym mówię, że motywy autora nie powinny być dla odbiorcy istotne. Jeśli dany obraz coś dla mnie znaczy, to nie będę się zastanawiał czy to rzeczywiście jest to, o czym myślał autor. To nie jest rebus. Stąd nigdy nie tłumaczę moich zdjęć, ale z uwagą słucham co odbiorcy mają na ich temat do powiedzenia.




Już w najbliższy wtorek nadarzy się ciekawa okazja do obejrzenia wystawy fotografii, które ani nie schlebiają widzom, nie tłumaczą się swoją wizualnością, nie próbują też udawać komunikatu. "Być może tak było" - wystawa Okręgu Wielkopolskiego ZPAF, której kuratorstwa podjął się dr Sławomir Tobis będzie miała swój wernisaż o godzinie 19:00 w galerii Starego Ratusza w Gnieźnie przy ul. Chrobrego 41. Serdecznie zapraszam, bo będzie co oglądać. 

"Światy równoległe" - twórczość pandemiczna

Nie za bardzo można było wychodzić z domu, więc energię kreatywną skierowałem na moje archiwum, co w połączeniu z przemyśleniami o środowisk...